Tarcza antyrakietowa to bardzo ważny projekt dotyczący bezpieczeństwa, prawdopodobnie najważniejszy od momentu wstąpienia  Polski do NATO. Należę do grupy tych, którzy są zwolennikami tej instalacji. Argumentów nie będę przytaczał, bo padły one już wiele razy.

 

Jednocześnie podoba mi się, że polski rząd negocjuje z Amerykanami w taki sposób. Połączenie rozmów o instalacji z negocjacjami o pomocy w modernizacji polskiej armii jest dobrą drogą.

Bo o co chodzi z tą tarczą, po co się w to pakujemy? Mimo, ze chronić ma ona bardziej Amerykanów niż nas, to zakładamy, że na końcu przyczyni się do zwiększenia naszego bezpieczeństwa. Po to w ten interes wchodzimy. Dlatego to zwiększenie bezpieczeństwa musi być realne a nie tylko mityczne. Nie możemy opierać się wyłącznie na pięknej wierze, że jak tarcza tu będzie, to Amerykanie na pewno w każdej sytuacji nam pomogą.

Administracja waszyngtońska jest mistrzem w walce o własne interesy i umie zachowywać się bezwzględnie. Dlatego jeśli potulnie i bezwarunkowo zgodzimy się na tarczę, możemy być pewni, że poza bardzo ciepłymi słowami, niewiele więcej otrzymamy. 

Amerykanie do dziś nie uznali za stosowne, by swoim wiernym sojusznikom, którzy poszli jak w dym do Iraku i kupili od nich (z powodów politycznych) F-16, należałoby znieść wizy. Program offsetowy wlecze się i z tego co słychać nie jest wypełniany tak, jak by polska strona tego oczekiwała. Wymiana handlowa między Polską a naszym najważniejszym sojusznikiem jest taka sobie. Zapewne znacznie większa mogłaby być współpraca naukowa.

Bracia Kaczyńscy powtarzali – i słysznie - by w polityce zagranicznej kierować się przede wszystkim kategorią polskiego interesu narodowego. W naszym interesie więc, w interesie naszego realnego bezpieczeństwa, jest wynegocjowanie od Amerykanów i Patriotów i  pomocy w modernizacji armii.  Ustawianie tarczy w Polsce zwiększa niebezpieczeństwo potencjalnego ataku rosyjskiego i musimy się przed tym zabezpieczyć.  Taka linia argumentacji jest słuszna.

Ameryka dalej powinna pozostać naszym bardzo ważnym sojusznikiem. Niezależne od tego, czy wybory wygra McCain, Obama czy Clinton. Ale od sojusznika należy wymagać.  I tę wiadomość powinien Donald Tusk powinien zwieźć do Białego Domu. Jeśli oczywiście, któryś z jego rejsowych samolotów się nie spóźni.